Ferrari F50 – 327 km/h

Ferrari F50Ferrari F50-1Ferrari F50-2

Prędkość maksymalna (km/h) 327

Przyspieszenie 0-100 km/h (s) 3,7

Silnik V12

Pojemność skokowa (cm3) 4699

Moc (KW/KM) 383/520

Max. moment obrotowy (Nm/przy obr./min) 470/6500

Masa własna (kg) 1230

Długość/szerokość/wysokość (mm) 4480/1986/1120

Cena 400 000 dolarów w 1995 roku

Ferrari F50 powstało w 1995 roku z okazji 50-lecia firmy z czarnym wierzchowcem na masce (Ferrari troszkę wcześniej wydało ten model, gdyż ta rocznica miała miejsce w 1997 roku). Był to wówczas najszybszy model włoskiej firmy. Model ten kontynuował tradycję konstruowania jubileuszowych modeli, zapoczątkowaną przez model F40, a później Ferrari odeszło od nazwania kolejnego samochodu F60 i tak powstało jeszcze szybsze Enzo Ferrari, osiągające 355 km/h.

Wracając do tematu F50; został wykonany jako konstrukcja skorupowa z włókna węglowego, pochodził bezpośrednio od bolidu Formuły 1. Silnik 12-cylindrowy został umieszczony tuż przed tylną osią i napędzał oczywiście tylne koła, dzięki swoim niesamowitym wówczas 520 KM. Masa 1230 kg pozwalała na rozpędzenie auta do 3,7 sekundy do „setki”, co jeszcze dekadę później było trudnym do osiągnięcia wynikiem dla takich aut jak chociażby: Porsche Carrera GT (3,9 s) czy Lamborghini Murcielago (3,8 s). Za hamowanie tego potwora odpowiadały tarczowe hamulce. Minimalne spalanie na dystansie 100 km wynosiło 17 litrów, a maksymalne aż 41 litrów.

Dzieło Pininfariny można było nabyć w podstawowym czerwonym kolorze lub na życzenie klienta kolorach: srebrnym, czarnym lub żółtym. Auto było dostępne w wersjach coupe i roadster z hardtopem, który był zrobiony ze specjalnej tkaniny, którą można było schować z przodu pojazdu.

W chwili wyprodukowania F50 kosztowało 400 000 dolarów. Dziś wartość tego rarytasu znacznie wzrosła gdyż skonstruowano jedynie 349 egzemplarzy w okresie 1995-1998 oraz kilka prototypów, a także sześć dodatkowych egzemplarzy człowiekowi, któremu nigdy się nie odmawia czyli sułtanowi Brunei. Ma on w swoim garażu kilkaset samochodów w tym kilka Bentleyów w wersji kombi zrobionych wyłącznie dla niego (jeden z nich ma żółtą i czerwoną tapicerkę, ponieważ jego syn lubi jeść w McDonaldzie).

Lister Storm – 335 km/h

Lister-Storm-48212Lister-Storm-48210Lister-Storm-48209

Prędkość maksymalna 335km/h

Przyspieszenie 0-100 km/h (s) 4,1

Silnik V12, z dwiema turbosprężarkami

Pojemność skokowa (cm3) 6996

Moc (KW/KM) 443/594

Max. moment obrotowy (Nm/przy obr./min.) 785/3450

Masa własna (kg) 1440

Długość/szerokość/wysokość (mm) 4547/1981/1320

Cena 220 000 funtów w 1993 roku

Jestem ciekawy, czy kiedykolwiek słyszeliście o tym samochodzie? Jeśli tak to znaczy, że jesteście prawdziwymi fanami motoryzacji, bo nie każdy słyszał o modelu, który powstał jedynie w 4 egzemplarzach na drogi uliczne i większej ilości na tory wyścigowe (tych danych nie jest łatwo znaleźć).

Brytyjska marka Lister już od lat 50. XX wieku wspierała Jaguara w budowaniu samochodów wyścigowych, a w 1983 roku miała niemały udział w budowie wyczynowego Jaguara XJS V12. Współpraca z większym producentem zaowocowała zbudowaniem pierwszych własnych samochodów wyścigowych, które brały udział także w 24h wyścigach Le Mans. W 1991 roku spełniło się wielkie marzenie założyciela firmy – Laurence’a Pearce’a – rozpoczęły się prace nad modelem Storm, który widzicie na zdjęciach. Po dwóch latach prac został zbudowany upragniony model, którego nadwozie było zbudowane z włókna węglowego co pozwoliło uzyskać niską masę pojazdu. Silnika V12 oczywiście użyczył Jaguar, jednak został on odpowiednio wzmocniony dwiema turbosprężarkami.

Lister Storm może nie był najpiękniejszym autem, ale z całą pewnością niesamowicie szybkim autem, które przez długi czas posiadało tytuł najszybszego auta typu GT ( z siedzeniami 2+2), aż do 2006 roku, kiedy to firma Brabus przedstawiła potężnie wzmocnionego Mercedesa CLS. W 1993 roku, gdy debiutował na rynku, był aż czterokrotnie droższy od drugiego najszybszego w owych czasach Ferrari 456GT, co może wyjaśniać powód braku sukcesu rynkowego brytyjskiej marki. A może to przez fakt braku tak dalekich tradycji, jak miała marka z wierzgającym koniem na masce? Czy też taki los czeka naszą polską Arrinerę Hussaryę?